Rzym. Miasto, w którym historia przeplata się z codziennością, a sztuka czai się niemal za każdym rogiem. Monumentalne place i wąskie, brukowane uliczki pełne są nie tylko opowieści sprzed wieków, ale też… turystów z całego świata. Po raz pierwszy trafiliśmy tu wspólnie w grudniu zeszłego roku. I chociaż to był tylko krótki wypad, Rzym zdążył nas wtedy zaczarować. Nie tylko swoim pięknem, ale też tą nieoczywistą przytulnością, która sprawia, że chcesz się w nim zgubić. Tak naprawdę. Bez mapy. Bez planu.
Wróciliśmy zarówno z potrzeby serca i z chęci odkrycia miejsc, do których wcześniej zabrakło nam czasu. I znów – przepadliśmy. Bo są na świecie takie miasta, dla których warto pokonać setki kilometrów. Takie, które od pierwszych chwil sprawiają, że czujesz się jak u siebie. Ale są też miejsca (czasem nawet te najbardziej polecane), które warto wcześniej „oswoić” – choćby czytając opinie innych podróżników. Bo internet pełen jest wskazówek, które potrafią oszczędzić rozczarowań… i pozwalają odkrywać naprawdę wyjątkowe zakątki.
Byliśmy przekonani, że Rzym okaże się mekką cielesnych uciech. W końcu to miasto, które przez wieki kojarzyło się z orgiami i rozpustą, gdzie każdy z każdym próbował zakazanych smaków. Historia zobowiązuje, prawda? A jednak… rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze oczekiwania. Zarówno w kwestii rozpieszczania ciała w termach i łaźniach, jak i w ofercie klubów swingerskich, stolica Italii nie od razu nas zachwyciła.
Mając zaledwie kilka dni, nie chcieliśmy tracić czasu na długie dojazdy. Postanowiliśmy skupić się na tym, co dostępne tu i teraz. Wśród klubów, które przykuły naszą uwagę, znalazły się dwa. Opinie o pierwszym z nich nie brzmiały zachęcająco, lecz w naszym świecie króluje zasada: dopóki sam nie sprawdzisz, nie oceniaj. I tak trafiliśmy do Swingers Club 69.

Gra pozorów
Już na progu spotkało nas rozczarowanie. Zażądano od nas okazania dokumentów tożsamości, choć nigdzie wcześniej nie znaleźliśmy o tym wzmianki. Chwilę później pojawił się kolejny zgrzyt. Para wchodząca przed nami zapłaciła 60 euro za osobę, od nas natomiast zażądano 70. W opiniach czytaliśmy, że klub stosuje takie praktyki wobec obcokrajowców, więc nie było to dla nas kompletnym zaskoczeniem. W cenie znajdował się jedynie jeden drink z baru. Zdecydowaliśmy jednak, że skoro już tu jesteśmy, warto wejść i opisać dla was to miejsce.
Zaraz obok recepcji znajdowała się szatnia, lecz bez przebieralni czy choćby zakamarka, w którym można by dyskretnie zmienić strój. Dobrze, że doświadczenie nauczyło nas przygotowywać się wcześniej i wejść od razu w naszym elegancko-erotycznym outficie. Po przekroczeniu progu wnętrza nastrój wydawał się obiecujący – art deco, stylowe lampy, przyciemnione światło. Club 69 to lokal średniej wielkości, z kilkoma strefami. Kanapy i stoliki tuż przy szatni, pokój z dużym łóżkiem obok, dalej bar i przestrzeń z DJ-em, prowadząca do większej sali z kanapami i okrągłym łóżkiem w centrum. Stamtąd wiodły schody na piętro, gdzie czekał niewielki pokój zabaw oraz toaleta. O tej toalecie trzeba wspomnieć osobno. Umiejscowiona niefortunnie, psuła klimat w momencie, gdy ktoś do niej wchodził. Światło bijące z otwartych drzwi rozpraszało atmosferę, a sama przestrzeń pozostawiała wiele do życzenia. Główne drzwi nie zamykały się, a przesuwne drzwi w kabinie po prostu nie istniały. Trudno o swobodę w takiej sytuacji.
Mimo eleganckiego wystroju, całość okazała się grą pozorów. Gdy usiedliśmy na jednej z kanap, sprężyny wbiły się boleśnie w nasze ciała. I wierzcie mi, to nie był ten rodzaj pieszczot, którego oczekiwaliśmy.
Więcej minusów
Najbardziej uderzającym aspektem okazał się jednak całkowity brak higieny. Widać było, że zużyte sprężyny w kanapach nie są dziełem przypadku, a czystość poduszek pozostawiała wiele do życzenia. Nigdzie nie znaleźliśmy ani prześcieradeł, ani ręczników, a w pokojach, poza pudełkami z chusteczkami, nie było nawet prezerwatyw. Co więcej, nie dostrzegliśmy nikogo z obsługi, kto choćby próbował zadbać o porządek.
Sama obsługa również nie zrobiła na nas dobrego wrażenia. Mężczyzna z recepcji był chłodny i zdystansowany, a jego towarzysz – w rozchełstanej koszuli, z wyraźną wadą wzroku – zachowywał się w sposób zdecydowanie naruszający granice Eryka, podchodząc do niego zbyt blisko, bez wyraźnego powodu, jakby szukając zaczepki. W lokalu krążył też kolejny mężczyzna, ubrany zwyczajnie: spodnie, adidasy, t-shirt. Sprawiał wrażenie, że nie jest tu, by opiekować się gośćmi, lecz raczej by samemu szukać okazji do uciech.
Na uwagę zasługuje także dyskryminacja turystów. Nie tylko przy wejściu płaciliśmy więcej, ale również przy barze. Podczas gdy dla „lokalsów” standardowy drink kosztował 10 euro, od obcokrajowców żądano już 15. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tak absurdalnym i nieprzyjaznym podejściem.
Mimo tego wszystkiego wieczór nie był stracony. Nie dzięki miejscu, lecz dzięki ludziom z Australii oraz z Bułgarii. To oni sprawili, że w ogóle mogliśmy nazwać tę noc miłą.
Czy będziemy polecać rzymski Club 69? Zdecydowanie nie. Lecz jeśli zdecydujecie się go odwiedzić, warto przed wizytą sprawdzić aktualne opinie w Google, zwłaszcza te negatywne i odpowiedzi właścicieli. To najlepsze podsumowanie i najuczciwsza wizytówka tego miejsca.
Tekst: Luiza i Eryk
PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/fata-morgana-amsterdam/
___
Teraz Twoja kolej! Dołącz do naszej swingerskiej społeczności!
Facebook: https://www.facebook.com/SwingWithMeBlog/
Instagram: https://www.instagram.com/newswingwithme/
Grupy na FB: https://www.facebook.com/groups/rozmowyoswingu/
https://www.facebook.com/groups/otwartagrupaswingu/
Grupa na Discord: https://discord.gg/sthJtZnXfZ
Zbiornik: https://zbiornik.com/Swing_with_me_blog
https://zbiornik.com/Luiza_Eryk
___
Jeżeli masz ochotę wspierać nas w tym, co robimy – to możesz zrobić to tutaj:
