Otwarte związki budzą wiele emocji – od ciekawości i ekscytacji po niepokój i obawy. Dla jednych to sposób na pogłębienie relacji i większą wolność, dla innych ryzyko, które może doprowadzić do rozpadu związku. Czy otwartość w relacji może ją wzmocnić, czy raczej staje się początkiem końca? Jakie szanse i zagrożenia niesie za sobą otwieranie związku?
O tym wszystkim porozmawiamy z seksuolożką Patrycją Wonatowską, która na co dzień pracuje z parami poszukującymi odpowiedzi na pytanie, czy monogamia to jedyna słuszna droga. Jak rozpoznać swoje potrzeby i czy każda para powinna rozważać taki krok? Czy zazdrość da się oswoić? I co zrobić, gdy jedno z partnerów chce otwarcia związku, a drugie nie jest na to gotowe? Zapraszamy do rozmowy!
Dlaczego ludziom tak trudno jest zaakceptować otwarte związki? Jak myślisz, z czego to wynika? Z pruderyjności wychowania czy z niepewności własnego związku?
Otwarty związek to temat, który budzi wiele emocji i wątpliwości, ale z mojego doświadczenia gabinetowego wynika, że kluczową rolę odgrywa tutaj społeczny kontekst i wzorce, w jakich dorastamy.
Większość ludzi wybiera tradycyjny model związku, bo jest on po prostu najlepiej znany i najbezpieczniejszy. Mamy jasne zasady – wiemy, co uznawane jest za zdradę, a co nią nie jest, co wolno, a czego nie. Taki model jest więc łatwiejszy do przyjęcia, bo nie wymaga redefiniowania relacji na własnych zasadach.
Badania dotyczące otwartych związków są nadal nieliczne, ale pokazują, że osoby wychowane w bardziej otwartych środowiskach częściej dopuszczają różne formy relacji. To nie znaczy, że je powielają – raczej mają większą świadomość, że istnieją inne możliwości. Widać wyraźnie, jak bardzo powtarzamy wzorce, które wynieśliśmy z domu.
Nie można też pominąć wpływu kultury – filmy, książki, media przez lata promowały głównie monogamiczne, heteroseksualne związki. Choć to się zmienia, nadal większość osób naturalnie kieruje się ku temu, co zna i co jest społecznie akceptowane.
Oczywiście istnieje wiele definicji otwartego związku – niektóre są bardzo encyklopedyczne i sztywno określają jego ramy. W praktyce jednak każda relacja wygląda inaczej i to partnerzy ustalają, co dla nich oznacza „otwartość” i jakie granice chcą wyznaczyć.
Otwarty związek to zaprzeczenie relacji monogamicznej?
Można powiedzieć, że to pewnego rodzaju przeciwieństwo tradycyjnej monogamii – choć może lepiej określić to jako jej alternatywę. Otwarty związek to każda relacja, w której uczestniczą więcej niż dwie osoby i która zakłada możliwość nawiązywania dodatkowych relacji – zarówno seksualnych, jak i romantycznych. Może to oznaczać angażowanie się w intymne kontakty z więcej niż jednym partnerem, ale także budowanie głębokich więzi emocjonalnych, w tym zakochiwanie się i miłość.
W kontekście naszego swingerskiego małżeństwa – często otrzymujemy bardzo różne wiadomości. Od tych niezwykle pozytywnych po skrajnie krytyczne. Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie słyszymy, jest to, że jako swingersi nie możemy się naprawdę kochać. Ludzie twierdzą, że nasz związek to nie miłość, a jedynie układ, bo „jak można kochać kogoś i jednocześnie pozwalać mu na bliskość z inną osobą?”. Ostatnio spotkaliśmy się nawet z porównaniem, o którym pisaliśmy w jednym z naszych tekstów – ktoś zestawił swingowanie z jedzeniem na mieście. Sugerował, że jeśli ktoś „nie najada się w domu”, to szuka doznań gdzie indziej, również poza sypialnią. To narracja, która często powraca, a dla nas jest zupełnie nietrafiona. Jesteśmy razem prawie 20 lat – poznaliśmy się jeszcze jako bardzo młodzi ludzie. W małżeństwie jesteśmy od ponad 12 lat, a swingowanie zaczęliśmy po około 7–8 latach wspólnego życia, kiedy już mieszkaliśmy razem i tworzyliśmy dojrzały, świadomy związek. Dlatego argument, że się nie kochamy, zupełnie do nas nie trafia. Wręcz przeciwnie – nasza relacja opiera się na ogromnym zaufaniu, bliskości i głębokiej więzi.
Wiele osób, które krytykują otwarte związki, często nieświadomie wyraża swoje własne obawy i lęki. Dla niektórych jest to model tak odległy od ich wyobrażenia miłości, że trudno im zrozumieć, jak może on funkcjonować poza tradycyjnymi schematami.
Wynika to w dużej mierze z głęboko zakorzenionego mitu o monogamii jako jedynym, właściwym modelu relacji. W takim podejściu zakłada się, że jedna osoba powinna spełniać wszystkie nasze potrzeby – emocjonalne, intelektualne, seksualne – a jeśli tak się nie dzieje, to znaczy, że w związku coś jest nie tak. To romantyczne wyobrażenie wydaje się piękne, ale w praktyce okazuje się bardzo obciążające. Wymaga od jednej osoby sprostania niezliczonej liczbie oczekiwań, co często prowadzi do frustracji i napięć.
Życie jednak pokazuje, że im dłużej jesteśmy w związku, tym bardziej naturalne staje się poszukiwanie nowych doświadczeń – niekoniecznie w sposób zagrażający relacji, ale jako element osobistego rozwoju. W otwartych związkach to nie oznacza rezygnacji z relacji podstawowej, ale raczej świadome zarządzanie potrzebami i granicami. To właśnie otwartość na rozmowę pozwala na uniknięcie poczucia zagrożenia – coś, czego często brakuje w relacjach monogamicznych, gdzie oczekuje się, że partner zaspokoi absolutnie każdą naszą potrzebę.
Co więcej, w monogamicznych związkach często spotykamy się z przekonaniem, że nawet drobne zainteresowanie kimś innym – spojrzenie, myśl, fascynacja – stanowi już formę zdrady. Tymczasem to może być jedynie informacja, niekoniecznie zagrożenie. Niestety, brak umiejętności rozmawiania o takich kwestiach sprawia, że są one postrzegane jako niebezpieczne dla relacji.
Otwarte związki, w mojej perspektywie, wymagają o wiele więcej komunikacji – i to właśnie bywa trudne do zrozumienia dla osób przywiązanych do monogamicznych schematów. Wciąż nie jesteśmy uczeni, jak rozmawiać o swoich potrzebach, granicach czy wyobrażeniach o związku. Dziś coraz częściej mówi się o tym, jak ważne są rozmowy o światopoglądzie, finansach czy sposobie spędzania czasu, ale przez lata zakładano, że jeśli na pierwszej randce jest „miło i sympatycznie”, to jakoś to się samo ułoży. W efekcie ludzie później odkrywają, że mają skrajnie różne oczekiwania co do życia, rodzicielstwa czy codziennych wyborów, co prowadzi do frustracji i konfliktów.
Z mojej perspektywy kluczowy problem tkwi w lęku – w przekonaniu, że jakakolwiek fascynacja kimś innym może zagrozić związkowi. Może się tak zdarzyć, ale jeśli w relacji brakuje zaufania i otwartej komunikacji, to i tak prędzej czy później pojawi się punkt zapalny, który wystawi ją na próbę.
Mam wrażenie, że w ogóle nie umiemy ze sobą rozmawiać – zwłaszcza o trudnych, intymnych kwestiach. Tak jak wspomniałaś, na pierwszej randce zazwyczaj skupiamy się na miłej atmosferze, a nie na rozmowie o fundamentalnych sprawach, które w dłuższej perspektywie zadecydują o tym, czy faktycznie chcemy budować z kimś przyszłość. Ale nawet już w samym związku rozmowa o seksualnych potrzebach wciąż pozostaje tematem tabu. Często wychodzi to przypadkowo, mimochodem, a czasem dopiero pod wpływem alkoholu, kiedy łatwiej przełamać skrępowanie. Wtedy ktoś może coś powiedzieć, co zostanie przyjęte z ciekawością albo wręcz przeciwnie – spotka się z odrzuceniem. Tak czy inaczej, otwarta rozmowa o tym, co nas kręci w łóżku, bywa niezwykle trudna. I to jest problem, z którym mierzy się wiele par.
Seksualność – a także jej brak – to kluczowy aspekt związku. I znów wracamy do tego romantycznego mitu, według którego partner czy partnerka powinni rozumieć nas bez słów. Jeśli muszę coś mówić wprost, to może oznaczać, że relacja nie jest „na odpowiednim poziomie”, bo przecież „powinien się domyślić”. Ale to błędne założenie.
Nie chodzi o to, żeby druga osoba czytała nam w myślach – to byłoby wręcz przytłaczające. Nie wiem, skąd bierze się ta potrzeba, by znać absolutnie wszystkie myśli partnera. Przecież każdy ma momenty, w których czuje irytację czy frustrację, ale to nie znaczy, że od razu trzeba to komunikować. Czasem potrzebujemy chwili, żeby ochłonąć, uporządkować emocje i dopiero potem powiedzieć: „Hej, to czy tamto wywołało we mnie takie uczucia”.
Podobnie jest z seksualnością – nie chciałabym, żeby ktokolwiek brał pełną odpowiedzialność za moje potrzeby, tak jakbym miała tylko leżeć i biernie przyjmować to, co druga osoba oferuje. Oczywiście, czasem bywa cudownie po prostu się oddać chwili, ale jeśli nie angażuję się w eksplorowanie własnej seksualności, to nawet jeśli partner czy partnerka będą się starać ze wszystkich sił, efekt może być niezadowalający. Po prostu to tak nie działa.
Ostatnio ktoś próbował nam nawet wmówić, że w takich relacjach nie ma miejsca na chemię ani na sensualność, bo rzekomo działa to na zasadzie zero-jedynkowej – albo idziesz z kimś do łóżka, albo nie. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Rozmawiałyśmy już o seksualności w kontekście chemii, bo te dwie rzeczy są ze sobą ściśle powiązane. Kluczowe jest jednak to, jak w ogóle definiujemy chemię. Dla niektórych będzie to proces stopniowego poznawania drugiej osoby i budowania emocjonalnej bliskości, dopiero wtedy otwierając się na intymność. Dla innych chemia to natychmiastowe, niemal elektryzujące przyciąganie – wystarczy jedno spojrzenie i już czują się w innym wymiarze.
W relacjach, zwłaszcza monogamicznych, często spotykamy się z przekonaniem, że jeśli seks staje się rzadszy, to znaczy, że chemia zniknęła. Tymczasem na początku związku działają na nas hormony, rzadziej się widujemy, więc każde spotkanie wywołuje ekscytację i napięcie seksualne. Gdy zaczynamy mieszkać razem, przestajemy poświęcać seksualności tyle uwagi, a nasza przestrzeń – np. sypialnia – często pełni różne funkcje, tracąc swoją intymność.
Zupełnie inaczej jest w relacjach, gdzie w grę wchodzą nowe bodźce, jak na przykład w klubach dla swingersów. Już samo wyjście na imprezę, atmosfera miejsca, wspomnienia poprzednich doświadczeń – wszystko to buduje napięcie i wzmacnia doznania. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak ważne jest świadome kreowanie nastroju i atmosfery seksualnej.
To nie jest tak, że w takich sytuacjach partner nie ma znaczenia – oczywiście, że ma. Nie chodzi o przypadkowość, ale o wybór oparty na rozmowie, spojrzeniu, dotyku, intuicyjnym wyczuciu, że coś między dwiema osobami może się wydarzyć. Chemia to nie mit, ale efekt świadomego budowania i podtrzymywania pożądania.
Porozmawiajmy o mitach, z którymi często się spotykamy, zwłaszcza w kontekście swingowania. Jednym z najczęstszych stereotypów jest przekonanie, że zwłaszcza w klubach swingerskich, to zwykłe zezwierzęcenie – że ludzie uprawiają seks z byle kim, byle jak, bez zabezpieczenia i bez żadnych zasad.
Często pokutuje przekonanie, zwłaszcza wśród osób, które nigdy nie były w klubie, ale chciałyby się tam wybrać, że wystarczy odsłonić kotarę między szatnią a częścią barową, a po drugiej stronie dzieje się absolutnie wszystko – każdy z każdym, bez żadnych zasad. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Zasady są jasno określone i ściśle przestrzegane. Oczywiście, jak wszędzie, mogą zdarzyć się osoby, które tych zasad nie respektują, ale w dobrze prowadzonych klubach szybko się z nimi żegnają – zarówno dzięki obsłudze, jak i samym gościom, którzy dbają o przestrzeganie reguł.
Panuje również przekonanie, iż kobieta, która decyduje się na bycie swingerką – niezależnie od tego, czy w klubie, czy na prywatnym spotkaniu – automatycznie staje się dostępna dla każdego…
To błędne i krzywdzące założenie. Fakt, że ktoś dobrze czuje się w tej roli, nie oznacza, że nie ma prawa do własnych granic i wyborów.
Czy chęć otwarcia związku to głównie inicjatywa mężczyzn? Czy kobiety godzą się na zaproszenie kogoś do relacji wyłącznie ze strachu bycia zdradzoną bądź porzuconą?
Często spotykamy się z niezrozumieniem dotyczącym kobiecych oczekiwań w kontekście seksualności. Istnieje przekonanie, że to mężczyzna jest inicjatorem, podczas gdy fakt, że to kobieta podejmuje pierwsze kroki, bywa całkowicie pomijany lub wręcz budzi zdziwienie. Jakby realizacja seksualnych fantazji dotyczyła wyłącznie mężczyzn, a dla kobiet była czymś zakazanym.
Co więcej, powszechne jest również przeświadczenie, że kobieta „poświęca się” dla mężczyzny – idzie do klubu, zgadza się na otwarcie związku czy zaprasza kogoś do sypialni wyłącznie ze strachu przed porzuceniem. Zupełnie jakby nie miała własnej woli ani prawa do podejmowania autonomicznych decyzji. Takie myślenie opiera się na krzywdzącym stereotypie, że kobieta w takich sytuacjach jest wykorzystywana, a nie aktywnie uczestniczy i czerpie przyjemność na równi z partnerem.
Do tego dochodzi jeszcze błędne postrzeganie otwartych związków – często są utożsamiane ze zgodą na zdradę lub ostatnią próbą ratowania rozpadającej się relacji. Tymczasem doświadczenie pokazuje, że otwieranie związku w kryzysie to najgorszy możliwy pomysł. Każdy specjalista zajmujący się relacjami powie jasno: jeśli para ma poważne problemy, należy najpierw zastanowić się nad ich przyczynami, a nie szukać rozwiązania w nowych układach.
Otwartość w związku wymaga przede wszystkim szczerych rozmów, wzajemnego zaufania i bliskości. To właśnie te elementy pozwalają partnerom mówić o swoich emocjach – także o zazdrości czy dyskomforcie, które mogą się pojawić. Bez przestrzeni na otwartą komunikację łatwo popaść w milczenie lub tłumienie uczuć, a to prowadzi jedynie do kolejnych problemów.
Istnieje też jednak duże prawdopodobieństwo sukcesu, ale kluczowe jest podejście. Jeśli najpierw skupimy się na relacji – wzmocnimy ją, upewnimy się, że obie strony naprawdę chcą w niej być – a dopiero potem zaczniemy rozważać jej otwarcie, to stworzymy solidne fundamenty. Dzięki temu para może nie tylko lepiej odnaleźć się w nowej dynamice, ale także czerpać z niej jeszcze więcej satysfakcji.
Tak jak wspomniałaś wcześniej, w Polsce brakuje danych statystycznych na temat związków otwartych – praktycznie nie istnieją. Jeśli szukać ogólnodostępnych badań, to głównie pochodzą one ze Stanów Zjednoczonych. Natrafiłam na jedno z nich, obejmujące 1092 osoby, w którym wykazano, że 80–90% uczestników czuło się szczęśliwszych po rozpoczęciu swingowego stylu życia. Co więcej, 50% badanych, którzy już wcześniej deklarowali wysoki poziom szczęścia, stwierdziło, że po wejściu w świat swingu ich satysfakcja jeszcze wzrosła.
Mogę to potwierdzić na własnym przykładzie. Weszliśmy w swing nie dlatego, że byliśmy w kryzysie, ale dlatego, że mieliśmy i wciąż mamy dojrzałą, stabilną relację. Jesteśmy dla siebie przede wszystkim przyjaciółmi i trudno mi wyobrazić sobie, żeby mogło być inaczej. Często spotykamy się z niedowierzaniem, że można być tak szczęśliwym w związku, że nie ma żadnych barier, by tym szczęściem dzielić się z innymi – choć nie w kontekście romantycznym. W przeciwieństwie do związków poliamorycznych, gdzie uczucia mogą być kierowane do wielu osób, dla nas miłość jest czymś, co zarezerwowaliśmy wyłącznie dla siebie. Natomiast nie mamy trudności w realizowaniu swoich fantazji i wspólnym odkrywaniu nowych doświadczeń.
Nie doszliśmy (i nie wiadomo, czy kiedykolwiek dojdziemy) do etapu, w którym spotykamy się z innymi osobno. Dla nas kluczową wartością w swingu jest bycie razem i czerpanie przyjemności z obserwowania siebie nawzajem. Zgadzam się również z wynikami wspomnianych badań – swing nie jest fundamentem naszego związku, ale stanowi jego ciekawe dopełnienie. Mamy okresy intensywnych doświadczeń, ale zdarzają się też miesiące, gdy jesteśmy wyłącznie we dwoje, i w obu przypadkach czujemy się ze sobą doskonale.
Z mojej perspektywy poruszasz tutaj niezwykle istotną kwestię – określenie, czym dla nas jest „my” i kim dla siebie jesteśmy. Ważne jest też dostrzeganie momentów, w których zaczynamy się od siebie oddalać, oraz otwarta rozmowa o tym, w jakim kierunku chcemy podążać. To ciągłe sprawdzanie, na jakim etapie jesteśmy, i świadome podejmowanie decyzji. Niestety, wiele osób tego nie robi – wchodzą w ten świat, a potem trwają w nim bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się nad tym, co się faktycznie dzieje w ich relacji.
To typowe pułapki początkujących – i my również przez nie przeszliśmy. Na początku odkrywa się coś, co wcześniej wydawało się tylko scenariuszem filmowym albo czymś dostępnym wyłącznie w tajemniczych, niedostępnych miejscach. Tymczasem okazuje się, że ten świat jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy wiedzieć, gdzie szukać. My także wpadliśmy w pułapkę „więcej, więcej, więcej”, aż doszliśmy do momentu, w którym trzeba było powiedzieć „stop”. Każdy wyjazd, każdy weekend zaczęliśmy planować pod tym kątem, zatracając po drodze samych siebie. Na szczęście oboje potrafiliśmy to dostrzec w tym samym czasie i zgodnie powiedzieć: „Najważniejsi jesteśmy my, dopiero potem przychodzą inne doświadczenia”. To była dla nas cenna lekcja.
Przychodzą mi na myśl sytuacje, w których ludzie decydują się na ten krok, uznając, że to świetny pomysł, a potem wprowadzają go w życie. Po wszystkim jedna osoba stwierdza, że było w porządku, a druga nie do końca wie, co o tym myśleć.
Właśnie dlatego tak ważne jest, aby stale monitorować i omawiać swoje odczucia na bieżąco. To często bywa najtrudniejsze – bo jeśli nic złego się nie dzieje, ludzie płyną z prądem, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Dopiero później mogą się zorientować, że doszło do wielu przekroczeń granic i że naprawienie tego może być już niemożliwe.
Żyjemy w kraju, w którym i nie oszukujmy się – przez wiele lat byliśmy w tyle, wręcz cofnięci mentalnie do średniowiecza. Teraz powoli wychodzimy na prostą, ale mimo wszystko temat otwartych związków i niemonogamicznych relacji wciąż funkcjonuje raczej na marginesie. Jest obecny, ale nie stanowi jeszcze przedmiotu poważnych badań ani otwartej dyskusji społecznej. To sprawia, że ten temat niby istnieje, a jednak jakby go nie było. W związku z tym chciałam zapytać Cię, czy uważasz, że nadejdzie moment, w którym polskie społeczeństwo zacznie się bardziej otwierać na erotyczne eksperymenty? Czy doczekamy chwili, w której pary będą mogły bez obaw i ukrywania się przyznać: „Tak, jesteśmy w otwartym związku i jest nam z tym dobrze” – bez strachu przed ostracyzmem i negatywnymi reakcjami?
Im więcej rozmawiamy o tym, co „wolno”, a czego „nie wolno”, tym bardziej zapominamy o tym, co najważniejsze – że każdy powinien mieć prawo do samodzielnego decydowania o swoim życiu i swojej intymności. To nie polityka powinna nam mówić, jak mamy żyć, tylko my sami powinniśmy mieć przestrzeń do odkrywania własnych potrzeb i wyborów.
Widzę, że coraz więcej osób zaczyna się nad tym zastanawiać – analizują, czego naprawdę chcą, czego potrzebują, a co jest im narzucone przez otoczenie. Coraz częściej też mówią o tym otwarcie, co jest super, bo im więcej takich rozmów, tym łatwiej przełamywać tabu.
Mam wrażenie, że wielu ludzi nadal żyje w swoich bańkach – otaczają się podobnie myślącymi osobami i niekoniecznie dostrzegają różnorodność wokół siebie. Ale kiedy w ich kręgu pojawia się ktoś, kto żyje inaczej, zaczynają się zastanawiać: „Hej, może to wcale nie jest takie dziwne? Może to po prostu inna droga?”. I to jest bardzo ważne, bo właśnie dzięki takiej reprezentacji powoli zmienia się podejście do różnych tematów związanych z seksualnością i relacjami.
Oczywiście, to proces, który wymaga czasu. Ale wierzę, że edukacja, rozmowa i zwykłe, codzienne oswajanie tematu robią swoje. Kropla drąży skałę – i myślę, że jesteśmy na dobrej drodze.
Jeśli chodzi o różne błędne przekonania, chciałabym poruszyć temat poliamorii, zwłaszcza że wiele osób, które nas czytają, jest w takich relacjach. Jednym z często powtarzanych stereotypów jest przekonanie, że poliamoria wynika z niezadowolenia z monogamii lub braku zdecydowania w kwestii uczuć. Często słyszy się też, że posiadanie wielu partnerów to tak naprawdę strategia zabezpieczająca – sposób na uniknięcie samotności.
Z mojej perspektywy wygląda to tak, że są osoby, które mają w sobie ogromną otwartość i chęć dzielenia się uczuciami z innymi. Dla niektórych naturalne jest to, że miłość może obejmować więcej niż jedną osobę – wynika to zarówno z ich wewnętrznych potrzeb, jak i z radości płynącej z budowania głębokich relacji.
Zastanawiam się czasem, gdzie właściwie leży granica między relacją przyjacielską a romantyczną. Akceptujemy to, że możemy mieć przyjaciół, z którymi jesteśmy w stałym kontakcie, dzielimy się z nimi codziennością, obdarowujemy się nawzajem troską i prezentami, bo są dla nas ważni. Ale co, jeśli ktoś czuje, że chce dać jeszcze więcej? Co, jeśli miłość, którą odczuwa, nie ogranicza się do jednej osoby?
Dla mnie idea, że można kochać tylko jedną osobę w całym życiu, jest trochę abstrakcyjna. Przecież miłość to coś, co wykracza poza schematy – obejmuje nie tylko partnerów, ale i przyjaciół, dzieci, bliskich nam ludzi. Jeśli więc przyjmujemy, że zdolność do miłości jest w nas nieograniczona, to dlaczego miałaby dotyczyć wyłącznie jednej osoby w kontekście romantycznym?
Oczywiście, nie każdy odczuwa to samo – są osoby, które w pełni spełniają się w monogamii i to jest jak najbardziej w porządku. Kluczowe jest jednak to, by dostosowywać swoje wybory do własnych potrzeb, a nie ograniczać się do jednego modelu tylko dlatego, że jest on uznawany za „normę”. Najważniejsze to być świadomym tego, co nam daje szczęście, i podążać za tym w zgodzie ze sobą.
Dla wielu osób zazdrość stanowi główną barierę w otwarciu związku. Czy można ją oswoić?
Myślę, że jak najbardziej da się oswoić zazdrość, ale kluczowe jest zrozumienie, skąd ona się bierze. Zazdrość prawie zawsze ma jakieś podłoże, a najczęściej wynika z lęku – boimy się utraty bliskości, bycia niewystarczającymi, odrzucenia. Problem w tym, że często trudno nam o tym mówić otwarcie. Zamiast powiedzieć: „Czuję się pominięty/-a” albo „Potrzebuję więcej Twojej uwagi”, zaczynamy oskarżać: „Czemu patrzysz na kogoś innego?”, „Już Ci nie zależy?”.
To wszystko sprowadza się do komunikacji. Chodzi o to, by umieć odsłonić swoje emocje i jednocześnie być w relacji, w której druga osoba potrafi je przyjąć. To oczywiście wymaga pracy, bo zazdrości nie da się po prostu „wyłączyć” – ale można się jej przyjrzeć i nauczyć się na nią reagować. Nie chodzi o to, żeby całkowicie ją wyeliminować, ale raczej o to, by dostrzegać, co nam mówi.
Czasem zazdrość to sygnał, że w danym momencie szczególnie potrzebujemy uwagi i bliskości od partnera czy partnerki. Ważne jest, czy potrafimy to wyrazić wprost, czy zamiast tego uciekamy w oskarżenia. Mówienie o zazdrości jest trudne, bo wymaga odsłonięcia się – a to bywa niewygodne. Dlatego łatwiej nam przerzucić odpowiedzialność na drugą osobę, zamiast zastanowić się, skąd te emocje faktycznie się biorą.
To chyba najlepsza puenta – w zazdrości często szukamy winy w kimś innym, zamiast poszukać przyczyny w sobie.
Często dostajemy pytania o to, jak namówić partnera lub partnerkę na swinging. Zdarza się, że jedna strona chce otworzyć związek, a druga stanowczo się temu sprzeciwia. Co zrobić w takiej sytuacji? Odpuścić, czy próbować dalej rozmawiać i przekonywać?
Z mojego punktu widzenia to przede wszystkim kwestia priorytetów. Warto zadać sobie pytanie: na czym najbardziej mi zależy? Jeśli otwarcie związku jest dla mnie kluczowe, a druga strona mówi stanowcze „nie”, to trzeba zastanowić się, co dalej. Czy ważniejsze jest dla mnie realizowanie tej potrzeby, czy pozostanie w tej relacji?
Nie ma tu jednej dobrej odpowiedzi – dla niektórych będzie to znak, że związek powinien się zakończyć, bo potrzeba otwartości staje się zbyt silna. Inni uznają, że mogą funkcjonować w monogamicznej relacji, bo liczy się dla nich coś więcej. To trudne decyzje, ale warto je podejmować świadomie.
Jeśli chodzi o samo „namawianie” do swingu czy otwarcia związku – ja zawsze powtarzam: nie namawiać. Namawianie to przekraczanie czyichś granic. O wiele ważniejsze jest wysłuchanie drugiej osoby – jakie ma obawy, jakie potrzeby, czy jest w stanie znaleźć w tym coś dla siebie. Ludzie często wypracowują własne sposoby na oswojenie tego tematu: ustalają konkretne zasady, np. „idziemy tylko razem”, „za pierwszym razem nic się nie wydarzy” itp. Kluczowe jest, by nie wskakiwać na głęboką wodę, jeśli druga osoba nie czuje się z tym komfortowo.
Poza tym trzeba pamiętać, że otwarcie związku nie jest decyzją nieodwracalną. Tak samo jak relację można otworzyć, można ją też ponownie zamknąć – wszystko zależy od tego, jak ludzie się czują na danym etapie życia. Czasem warto odłożyć temat na jakiś czas i wrócić do niego później, kiedy emocje opadną. Jeśli jedna osoba naciska i oczekuje zmiany tu i teraz, to znów wracamy do priorytetów – co jest dla mnie najważniejsze i dlaczego?
Ostatecznie wszystko sprowadza się do granic – indywidualnych i relacyjnych. Do tego, czy potrafimy o nich rozmawiać i czy potrafimy je uszanować. Bo to, że raz spróbujemy czegoś nowego, nie oznacza, że musimy to kontynuować. Tak samo jak dziś mogę powiedzieć „tak”, jutro mogę powiedzieć „nie”, a za trzy dni zupełnie coś innego. I dokładnie tak samo działa każda relacja – elastycznie, w zgodzie z tym, co czujemy tu i teraz.
Mam jeszcze ostatnie pytanie. Jeśli otwarty związek z jakiegoś powodu się zakończył i wchodzimy w nową relację, to czy warto od razu mówić o swoich pragnieniach i oczekiwaniach, czy lepiej poczekać i zobaczyć, jak się wszystko rozwinie?
Zwykle mówię, że jeśli wchodzimy w nową relację i wiemy, że otwarty związek jest dla nas ważny, to warto to zakomunikować na wczesnym etapie. Unikanie tego tematu może prowadzić do niepotrzebnych trudności – im bardziej zaangażujemy się w relację, tym trudniej może być poruszyć ten wątek później.
Poza tym chodzi też o szczerość i autentyczność. Jeśli coś jest dla mnie istotne, dlaczego miałabym o tym nie mówić? To trochę tak, jak z weganizmem – jeśli nie jem mięsa i produktów odzwierzęcych, to nie pójdę do restauracji i nie zamówię jajek tylko po to, żeby dopasować się do drugiej osoby. To nie miałoby sensu, bo byłoby sprzeczne z moimi wartościami.
Podobnie jest z wizją związku – jeśli ktoś mówi „nie wyobrażam sobie być z osobą, która nie je mięsa” albo „nie potrafię funkcjonować w otwartym związku”, to jasny sygnał, że nasze potrzeby się rozmijają. Kluczowe jest więc to, by pozostać wiernym sobie, swoim wartościom i temu, czego dowiedzieliśmy się o sobie i swoich potrzebach. Chodzi o to, żeby z uważnością spojrzeć zarówno na siebie, jak i na to, co wnosimy do nowej relacji.
Czy masz jakąś radę dla par, które zastanawiają się, czy otworzyć swój związek?
Myślę, że kluczowe jest przyjrzenie się swoim lękom – zastanowienie się, czego tak naprawdę się obawiamy. Czy boimy się straty? Ryzyka? A może tego, że otwarcie związku zmieni nas bardziej, niż jesteśmy gotowi? Nazwanie tych obaw nie oznacza, że od razu zmienimy zdanie, ale pozwala lepiej zrozumieć, z czym się mierzymy i nad czym warto jeszcze popracować w relacji. Otwartość nie jest straszna, jeśli w związku istnieje silna baza wzajemnego zaufania. Wtedy zagrożeniem nie jest to, że partner spojrzy na kogoś innego, pójdzie na kawę czy nawet zaangażuje się w intymność z kimś innym. Prawdziwym zagrożeniem jest to, że przestaniemy ze sobą rozmawiać.
Bardzo dziękuję za rozmowę!
Rozmawiała: Luiza
___
Teraz Twoja kolej! Dołącz do naszej swingerskiej społeczności!
Facebook: https://www.facebook.com/SwingWithMeBlog/
Instagram: https://www.instagram.com/newswingwithme/
Grupa na FB: https://www.facebook.com/groups/164573377243615
Grupa na Discord: https://discord.gg/sthJtZnXfZ
Zbiornik: https://zbiornik.com/Swing_with_me_blog
___
Jeżeli masz ochotę wspierać nas w tym, co robimy – to możesz zrobić to tutaj:
Dziękujemy!
